Aelita

2 lipca 2016, 21:45

Amfiteatr Miejski

Relacja z wydarzenia

Trzecia edycja Przeglądu Filmów o Tematyce Muzycznej, zorganizowanego przez augustowski DKF KINOCHŁON, przeszła już do historii. I chociaż trochę przykro, że na kolejny maraton muzyczno-filmowy przyjdzie nam czekać do następnego lata, to zostaje nam piękne wspomnienie cudownie spędzonego czasu – liczę na to, że podzielają Państwo moje zdanie.

Tegoroczną edycję, podobnie jak poprzednią, prowadził zaprzyjaźniony z nami dziennikarz Programu Trzeciego Polskiego Radia – Ryszard Jaźwiński. 29 czerwca obejrzał razem z nami i naszym gościem dyrektorem muzycznym „trójki” Piotrem Metzem, dyrektorem muzycznym „Trójki”, filmy „Easy Rider” oraz niezwykle poruszający dokument o Janis Joplin, pt. „Janis”. Tego dnia również, pod kinem zaparkował nasz fotograficzny hipisowski busik, stwarzający możliwość uchwycenia na zdjęciu wspomnień trzeciej edycji KINOGRANIA, z której, mam nadzieję, Państwo skorzystali. A na zakończenie wieczoru – filmowa niespodzianka od Piotra Metza, ale wedle obietnicy – o tym ani mru mru 😉

Drugi dzień na pewno pozostanie w pamięci naszej widowni na długo. Wszystko za sprawą cudownie energetycznego i zarażającego miłością do muzyki z lat 60. i 70. Koncertu Augustowskiej Fabryki Dźwięku. Młodzi artyści, działający pod skrzydłami APK, porwali wypełnioną po brzegi widownię kina „Iskra” programem pt. „Let The Sunsine In”, przygotowanym przez Elżbietę Granacką. Ten fantastycznie rozpoczęty wieczór zakończył pokaz kultowego musicalu „Hair” Milosa Formana.

1 lipca zabraliśmy Państwa wraz z Ryszardem Jaźwińskim w rejs pełen muzycznych wrażeń, o które tego dnia zadbała Maria Peszek. Kto był z nami podczas tego koncertu, na pewno szybko o nim nie zapomni. Nawet jeśli po augustowskich jeziorach pływał z Żeglugą Augustowską setki razy – emocje, jakich dostarczyła nam ta czołowa artystka polskiej sceny alternatywnej, są nie do powtórzenia. Cały KINOCHŁON drżał o pogodę na piątkowy wieczór. Okazało się, że zupełnie niepotrzebnie – lepszej aury na pierwszy lipcowy wieczór nie mogliśmy sobie wymarzyć.

Trochę mniej szczęścia mieliśmy ostatniego dnia, kiedy w amfiteatrze miejskim muzykę na żywo do niemego radzieckiego filmu „Aelita” wykonał zespół Pustki. Ale to ten wieczór pokazał nam, jak fantastyczną widownię ma KINOCHŁON. Pomimo ulewnego deszczu, który zapewne też chciał ujrzeć choćby ostatni kwadrans filmu – Państwo zostali do końca. Za ten, i wszystkie inne wieczory KINOGRANIA, dziękujemy bardzo serdecznie. Będziemy je wspominać długo i bardzo przyjemnie. Liczymy na to, że trzecia edycja Przeglądu Filmów o Tematyce Muzycznej podobała się Państwu tak samo jak nam.

Pierwszy dzień zacząłem od wieszania żagli i banerów naszego partnera czyli Trójka – Program 3 Polskiego Radia. Gdy dumnie zaczęły łopotać na barierkach przed kinem, na tych samych gdzie niegdyś przed laty przesiadywała kawalerka, pomyślałem, że nigdy bym nie przypuszczał, że kiedyś będę oznaczał swoje kultowe radio na barierkach po których wdrapywałem się by być jak starsi koledzy.

Gdy dumnie wpatrywałem się w swoją pracę czyli trzepoczące Trójki, pomyślałem – pora dalej.
Pierwszy dzień przeglądu to „Easy Rider” i „Janis”, a na koniec film niespodzianka.
Prawdziwym Easy Riderem okazał się autobus Żak Tourist, który teraz jeździ dla Polskiego Busa. Ten 'rajdowiec’ przywiózł Piotra Metza z opóźnieniem 1.25h. Nie rozumiem, ale cóż.
Wszystko przestało być ważne, ponieważ poznałem Piotra Metza, człowieka, który z ogromną pasją opowiada o muzyce i w swoim muzycznym życiu tchnął pasję w ogrom muzycznych przedsięwzięć.

Ok, jedziemy do kina z Panem Piotrem, tam już Rico Ryszard Jaźwiński z „Trójkowo-Filmowo” rozpoczął seans, a my spieszymy na spotkanie.
Muzyki nie tylko można słuchać, można też zasłuchać się słuchając opowieści o niej. Oczywiście filmu nie oglądnąłem.
Od Pana Piotra dostałem prezent. Film na winylu. Nie, nie. Nie soundtrack tylko film. Nie miałem pięcia o istnieniu takich nośników. Podobno odtwarzacze do tego rodzaju płyt można było zakupić tylko w Japonii i USA.
i co z tego, że nie mam odtwarzacza. Niezwykła pamiątka.
„Janis” też nie oglądnąłem, bo już trzeba było 'lecieć’ do Ogródek Pod Jabłoniami, by szykować seans niespodziankę od Piotra Metza.

Ten film nie chodzi na DVD, nie zobaczysz go w TV, nie mówiąc o kinie, ale nasz gość posiadł zgodę reżysera na takie właśnie pokazy. No i patrzyłem jak czwórka z Liverpoolu nagrywa swoją przedostatnią płytą. Ciarki mnie przeszły, bo na ich twarzach była miłość do muzyki. Gdy się rozkręcali w graniu, rozkręcał się świat.
I zrozumie mnie ten, którego muzyka wzrusza i porusza.
Ja, taki sobie Bartek miałem okazję uczestniczyć w tak niezwykłej dla mnie rzeczy.

…a to był dopiero pierwszy dzień

„Hair”, oglądałem pierwszy raz mając pewnie z 10 lat. Zawieruszyłem się gdzieś w dużym pokoju (wtedy salonów nie było), gdzie rodzice oglądali zapatrzeni ten cudny musical. E’tam cudny. Wtedy wolałem Pszczółkę Maję.
Minęły lata, zacząłem oglądać się za innymi pszczółkami, a w TV znów dali „Hair”.
Warto było przeczekać, obejrzeć.
I po takim długim czasie wspólnie z radą postanowiliśmy zagrać
musical epoki kwiatów i wolności. Okazało się, że byłem ciut naiwny spodziewając się tłumów na tym filmie. Nie było tłumnie, a mnie szarpał nerw. Dlaczego? Wakacje? Czy może ludzie nie przepadają za musicalami? Dobra. Wiem dlaczego. Polska grała w ćwierćfinale Mistrzostw Europy. Oczywiście przesunęliśmy program tego dnia, tak by każdy mógł przed telewizorem gryźć kapcie z nerwów, ale mało to dało. Pewnie każdy wolał mieć czas by przygotować sobie owe kapcie. Nieważne. Ważne jest to co stało się po seansie „Hair”
Wtedy bowiem Augustowska Fabryka Dźwięku wyśpiewała hymny epoki hipisów. Rozpoczął się koncert „Let The Sunshine In”. Dobrze, że wpadłem na pomysł koncertu, a Ela Granacka reżyserka owego podjęła się realizacji.
Po koncercie, na drugi dzień znów bolały mnie włosy na rękach od tego stania. No, ale jeśli chodzi o muzykę to tak już mam.
Fajnie znać tych „dzieciaków”. Słowo wziąłem w klamerkę ponieważ nie są już dzieciakami. Dorastają, dojrzewają. Nie tylko cieleśnie co widać, ale też dorasta ich wrażliwość muzyczna co było słychać podczas występu.
I wiecie co jeszcze jest cudowne, że na koncercie byli bliscy mi ludzie z którymi mogłem podzielić się wrażeniami, spotkać spojrzeniem by wszystko było jasne.
Jak bardzo dali radę. W tak krótkim czasie, z bólem gardła jednej z wokalistek.
Nie lubię wstawania z miejsc na stojaka podczas uroczystości gdy jest to na siłę i pokaz. Tu było to oczywiste.

2 lipca 6:00 rano obudził mnie telefon. „cześć tego koncertu dziś to raczej nie będzie na statku. zobacz jaka pogoda”
– a właśnie, że będzie! Rzuciłem krótko. Zerwałem się na równe nogi, strąciłem coś skądś, obudziłem tym Izę, wsiadłem na rower i pojechałem do portu.

Tego dnia miał odbyć się koncert Marii Peszek na pokładzie 40m jednostki pływającej „Swoboda”. Dla jednych miał, dla innych nie miał. Ja należałem do tych pierwszych. Bardzo mi zależało żeby się odbył. I postanowiłem zrobić wszystko by tak było.

Ale przecież widziałem jak wygląda dziś niebo, czułem leniwe krople deszczu na czole. No ale wczoraj zrobiłem wiele by sprawdzić jaka będzie aura. Telefon do IMiGW – załatwiony, telefon do lotników by sprawdzić ich prognozy – też, ICM – no pewnie, że tak. I na koniec kolega, którego nazywam Wicherek tez powiedział, że będzie ok. Jeszcze nie było.

Postanowiłem powalczyć. Rozmowy, numery, pot na telefonie.
Dobra. Zabezpieczamy się dodatkowo. Robimy równoległy zestaw głośników w kinie i jakby co przenosimy tam koncert. A póki co robimy tu.

Na statek zaczęły wjeżdżać kejsy, scena. A niebo zaczęło leniwie się rozjaśniać. Zawsze lubię być od początku w takich sytuacjach.
Pierwsze próby zaczęły się gdzieś od 16. Wtedy już mocno grzało, a ja zacząłem się wreszcie uśmiechać.

Na pokład weszła Maria. Gdy ogarnęła wzrokiem tę scenerię usłyszałem: „qwa, ale sztos!”. Wypłynęliśmy punktualnie.
Z głośników huknęła muzyka, a na twarzach ludzi zobaczyłem szczęście. Wtedy mogłem ciut się wyluzować.

Zaczęło ciemnieć. Koncert trwał. To był mój 5 lub 6 Marii. Pierwszy jaki robiłem. Z ludźmi którym za pomoc dziękuję. To wielka rzecz gdy na początku jest pomysł. Gdy dzielisz się z nim z przyjaciółmi z szefową. Gdy jest decyzja i zaczynasz nad nim pracować.

A Maria? Jak to ona. Zagrała świetny koncert. Wie co śpiewa. To co ją boli, gnębi i porusza. Nie każdy tak potrafi. Nie każdy tyle by zniósł. Ja pewnie nie. Choć stres organizacji i pogody jakoś pokonałem. Na koniec dostała karabin. Najpiękniejszy na świecie.
Zrobiony tutaj. W kinie na piętrze.

Ostatni dzień ♫ kinogrania. Niepostrzeżenie, nagle i w amfiteatrze.
Jeśli zapytacie się czy po koncercie Marii Peszek był jakiś drink? Powiem – no pewnie! Jakże by inaczej Ale na spokojnie. Klika szklaneczek z przyjaciółmi i spać, bo jutro kolejne wyzwania.

Nie tylko koncerty. Przez wszystkie dni przeglądu Ryszard Rico Jaźwiński łączył się ze studia Radia Białystok w Augustowie z Trójką. Codziennie gość, codziennie ktoś, codziennie z Augustowa.
Ale wróćmy do soboty, ostatniego dnia przeglądu.

W amfiteatrze byłem już o 16:00. Seans miał rozpocząć się kwadrans przed 22. Przyjechałem, a że siedzieć nie umiem, pochodziłem sobie trochę, kilka spraw i telefonów zostało załatwionych. Czekamy na PUSTKI. Kto nie lubi polskiej muzyki, kto nie szuka ten może nie wiedzieć o kim piszę. Nic nie szkodzi proszę Pani, proszę Pana. Do nadrobienia. Zawsze można wyszukać, sprawdzić i zostać na dłużej.

Pustki miały zagrać muzykę na żywo no niemego, radzieckiego filmu sc-fi „Aelita”. Jeśli będziecie gdzieś u siebie w mieście lub na wakacjach i przeczytacie, że jest seans niemy z muzą na żywo. Od razu i w ciemno! Jest ogromna szansa, że się Wam spodoba.
To są filmy na nowo i na żywo.

Zespół rozstawił instrumenty, zrobili próbę i czekaliśmy na ciemność. Ta jak to zwykle ona, przyszła jak gdyby nigdy nic.
Po cichu i po omacku. Niespełna 300 osób zebrało się tego wieczora by dać się przenieść na Marsa. Naszym wehikułem była muzyka. Eh. Szkoda, że nie umiem i nie chcę tego opisać. Cudowna sprawa.

Ja, jak to nie ja, o dziwo usiadłem i oglądałem razem z widownią. Zwykle latam po terenie i sprawdzam czy wszystko ok. Dziwne. W kinie siedzę normalnie.

Pod koniec filmu akcja zaczęła się zagęszczać, muzyka przyspieszać… I nagle z czystego dotąd nieba spadł deszcz. Najpierw łagodnie, pojedyńczno, a potem zmasowanym atakiem dywanowym zaatakował amfiteatr. Teren oświetlały mu błyski, które widać, że były z nim w zmowie. Myślę – F*ck. Teraz, gdy zostało 15 minut filmu? Dlaczego?

I tu stała się rzecz przepiękna. Większość ludzi została.
Chcieli przeżyć to do końca.
Weszli na scenę, usiedli obok zespołu i skończyli oglądać film.

Pomyślałem: „jaka ta przyroda jest przewrotna” – jadąc do domu i obmyślając plan na przyszłoroczne ♪ kinogranie.

Bartek Świerkowski
DKF Kinochłon

autor zdjęć w galerii: Radek Nowacki

Realizacja strony: Rafał Rowiński